16-letnia Katrin szła właśnie ścieżką z wodorostów do swego ojca- najlepszego uzdrowiciela jakiego Meri miało kiedykolwiek. Z uśmiechem stale goszczącym na jej różanych ustach odgarniała ręką swoje proste, brązowe włosy z zarumienionej twarzy gdy nagle poczuła piekący ból. Spojrzała na swoje drobne dłonie skąd jak stwierdziła dochodziło to pieczenie i ze zdziwienia aż otworzyła usta. Na każdej z jej dłoni po wewnętrznej stronie widniał anioł. Przepiękny w swej surowości anioł z wszystkimi szczegółami. Anioł jak na wielu malunkach w muzeach czy chociażby w jej domu. Teraz już nie szła. Teraz biegła do swojego ojca. Mijała ludzi slalomem rzucając co chwila
- Przepraszam! Wybacz! Dzień dobry!
Gdy w końcu dobiegła była tak zasapana że jedynie pokazała ojcu dłonie. Ten stwierdził z przerażeniem:
- Już czas. n
Córka uzdrowiciela
Co w potrzebie wspiera
Kurde, ZA krótkie! ;/
OdpowiedzUsuńAle wspaniałe! :D
Spokojnie, spokojnie... xD
Usuń